Dwie historie właściwie.
Przyjechał tu kiedyś mój Brat. Na podwórko wjechać nie mógł, bo brama zakluczona a klucznikiem jest człowiek pracujący jako nauczyciel prawa jazdy czyli klucz był Bóg wie gdzie.
Mój Brat chciał zabrać swoje płytki szklane. Były za bramką do kurnika, bramka zakluczona a Klucznik wiadomo.
Skoczył mój biedny Brat z chorym kręgosłupem przez płot i podawał te ciężkie płytki przez furtkę. Potem po kilka nosił je do samochodu na ulicę.
Tata powtarzał, że to z dbałości Klucznika o bezpieczeństwo. No fakt. To prawie szczyt bezpieczeństwa, jeśli klucze jeżdżą po Grudziądzu i okolicach – trudne złodziejowi do namierzenia.
Brat myślał coprawda o zdjęciu bramy z zawiasów, ale nie chciał robić wojny. Potrafi znacznie lepiej ode mnie panować nad emocjami.
To była pierwsza historia.
Teraz druga:
Wracam dziś z miasta i w owej furtce od kurnika widzę klucz. Dziwię się, że Klucznik tym razem taki niedbały. Furtkę już zostawiał otwartą na noc, ale tak klucz? Wchodzę, skoro tak rzadko mam możliwość wejścia do części posiadłości Rodziców.
Zdziwiłam się jeszcze bardziej – kurnik jest obecnie przechowalnią różnych cennych przedmiotów - był niezakluczony.
Skorzystałam z okazji i postanowiłam zabrać mój rower, zamknięty tam przez Klucznika. Ładny dziewczęcy rowerek, dostałąm go od Siostry, na mnie jednak za mały i podpowiedziała mi by go sprzedać. Był w stanie idealnym.
Okazało się, że pod ciężarem różnych innych rowerów, kosiarek itp., został uszkodzony. Bo zakładam, że nie celowo. Pewnie uda się go doprowadzić do używalności ale dwukrotnie przynajmniej stracił na wartości - nie będzie uchodził za nówkę.
Zastanowiłam się czy wogóle go brać, ale postanowiłam zdecydować później i wstawiłam znowu do garażu.
Część skarbów zostało na zewnątrz kurnika, pomyślałam, że Klucznik jak wróci, poustawia je sobie po swojemu. Domyślałam się że wróci, bo za furtką do kurnika były skrzynki z czereśniami.
Później jednak pomyślałam, że lepiej zamknę. Poupychałam jak mi się udało kurnikowe ‘skarby’ bo jednak szkoda by było żeby ktoś je ukradł. Niebardzo mi to wyszło, ale kosiarka już nie świeciła kolorami po oczach. I zamknęłam furtkę. Pomyślałam – Brat skakał przez płot, więc i Klucznik jakoś z czereśniami sobie poradzi.
Poszłam rozpakować zakupy i zabrałam się do ponownego wyjścia. Zauważyłam jednak, że Klucznik podjechał. Cofnęłam się. Niemądra myślałam, że Klucznika może nauczy coś przedostawanie tych dwóch skrzynek czereśni przez płot. W sensie że będzie mniej ściskał klucze i udostępni je jakoś ludziom, którzy się w tym domu wychowali.
Byłam pewna – weźmie czereśnie (bo zwinny gość z niego) i pojedzie. Jednak zaczął się dobijać do drzwi. Długo dzwonił. Postanowiłam, że skoro on powtarza, że „Sabina śpi przez cały dzień”, poudaję, że śpię "jak zwykle". Pozwoliłam sobie dziś na takie przekomarzanie się. Skoro „ciągle śpię” – przezcież nie mogę otworzyć.
Zajęłam się sprzątaniem w ostatnim pokoju. Ale on dzwonił a mi wcale nie było przyjemnie z tym, że zniżyłam się do poziomu złośliwości. Poszłam w końcu otworzyć. Łapię za klucz i słyszę „otwieraj mi tu zaraz”. Zapytałam „Czemu?” no i zaczęła się pyskówka. Jego niegrzeczny ton zniechęcił mnie do otwierania.
W trakcie pyskówki okazało się, że w ogrodzie za tą kurnikową bramką była Mama Klucznika. Otworzyłam szybko żeby wyjść i ją wypuścić, jednak była już pod drzwiami. Przeprosiłam ją.. okazało się że dzwoniła, ale telefony były w drugim końcu domu i nie słyszałam. Kiedy Klucznik zapytał czemu tak długo nie otwierałam, powiedziałam „Spałam jak zwykle”. Mając oczywiście na myśli jego „zwykle” czyli to, że „Sabina przez cały dzień śpi”. Był dzień, więc wg jego logiki spałam. Prawda? Żona Klucznika nie załapała bo być może nie wie co tu się dzieje w rodzinie w kwestii domu.
Mama Klucznika powiedziała że nie mogłam tak szybko zasnąć, bo mnie dopiero co widziała – obserwowała mnie – tych słów użyła. „Obserwowałam cię”. Czemu się nie przywitała...? Czemu obserwując jak ją zamykam, nie zatrzymała mnie? Czemu się tak dziwnie zachowywała? Pytałam ale nie odpowiedziała.
Powiedziała tylko, że „teraz pokazałam swoje prawdziwe oblicze”...
No wkopałam się. Bo teraz Rodzina Klucznika będzie opowiadać swoją wersję wydarzeń a ja, jak się dziś okazało – jak mama nie potrafię przekrzykiwać.
Strasznie brzydka pyskówka była kiedy otworzyłam drzwi. Prosiłam, abyśmy porozmawiali, przeprosiłam Mamę Klucznika.. ale nie dało się sytuacji uspokoić. Cóż. Oni byli podemocjonowani a ja pod gradem oskarżeń w większości niesłusznych, nie potrafiłam się obronić bo mnie nie sluchali. Zresztą nic nie było do bronienia bo było widać po sytuacji, że druga strona – choć wkurzona – zadowolona jest z faktu i nie może się doczekać, aż będzie mogła swoją wersję wydarzeń przedstawić Dziadkowi.
Napisałam jak było, ale oczywiście będzie też druga wersja wydarzeń. Kto nie chce mi wierzyć, nie uwierzy jak bardzo bym się nie starała. I kto mnie chce widzieć w czarnych barwach, ten będzie widział, jakkolwiek bym się nie starała nikomu nie wadzić.
Ja poczuwam się do winy w kwestii zamknięcia Mamy Klucznika, choć było to nieświadome i można było tego uniknąć nie zostawiając klucza w furtce (gdzież to „bezpieczeństwo”?) jak i poprzez zwyczajne „Dzień dobry” ze strony Mamy Klucznika. Teraz się zastanawiam, czy ona chciała żeby ją zamknąć – skoro obserwowała mnie z ukrycia kiedy ją zakluczałam i nie zatrzymała kiedy odchodziłam od furtki.
Druga rzecz do której się przyznaję i której się wstydzę – że dałam się wciągnąć na chwilę w te złośliwości, kiedy mszcząc drapanie się chorego Brata przez płot i noszenie ciężarów na odległość, wyobrażałam sobie scenkę przedostawania skrzynek z owocami przez płot.
Pozdrawiam Wszystkich.
Ps. Końcówka pyskówki rozgrywała się wokół Klucznikowego „Dawaj klucz, no dawaj ten klucz”. Był przy tym mocno podniecony i nieprzyjemny, ale pewnie u kluczników to normalne, gdy chodzi o kwestię kluczy. Do Rodziny Kluczników staram się być wciąż nastawiona pozytywnie, choć nie jest to łatwe, lecz rozumiem w pewnym sensie że możliwość zdobycia wielkiego domu i pola może wpłynąć na zachowanie. Obserwując uczestników różnych teleturniejów, w których można wygrać wartościowe nagrody – widać emocje i niechęć do przeciwników, choć starają się to ukryć. Rodzinę Kluczników prosiłabym, aby nie walczyła z wyimaginowanymi przeciwnikami i nie starała się stwarzać sobie wrogów na siłę..
Zajścia całego starałam się zbyt nie przeżywać, bo w sumie co się stało takiego... Mama Klucznika chwilę dłużej została na słońcu (widać bała się przejść przez płot, może jest bardziej chora od mojego Brata), ale i tak w końcu się poryczałam a potem spadłam z rowera z nerwów, teraz po uspokojeniu emocji zaczynają boleć obicia i podrapania. Ale bardziej chyba od samej pyskówki przeżywam to, że nasza rodzina jest taka jak wiele innych, które drapią się z powodu spadku nie szanując pamięci osoby po której ów spadek jest. Wyjdzie że próbuję silić się na wzruszające zakończenie, ale piszę tylko to co czuję. Emocje po pyskówce już mi opadły, Klucznika mi żal bo jest chory i nie panuje nad emocjami podobnie jak ja, Mamę Klucznika jakoś rozumiem że broni niedoszłej własności swego dziecka. To są ludzie, których od zawsze uważałam za swietych i nielatwo ten wizerunek zepsuc, choc może powinnam wyliczyć tu zlosliwosci Klucznika wobec mnie, ktore zaczely sie pojawiac po smierci jego Babci.
Gdy próbowalam jakos jeszcze z nimi rozmawiac, odchodzili podnoszac po jednej rece i czasem rzucajac cos nieprzyjemnego zeby mnie zagluszyc.
Klucznik wspomnial jeszcze ze moze mnie wyrzucic z domu.
Zona Klucznika zachowywala sie cicho i spokojnie.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
czwartek, 4 czerwca 2009
Dobry dzień
Padam.
Zmachałam się i przestają działać moje osobiste 'dopalacze'.
Ciało osłabło, zaczęły mi się kółka przed oczami pojawiać.. takie jak kiedy wrzuci się kamyk do wody - kółka rozchodzące się promieniście..
Jakieś dwie godziny temu zaczęłam mieć kompletnie dość tego jak się czuję i że nie daję rady zrobić najprostszych rzeczy i że nawet przed w komputerze nic nie potrafiło mnie wciągnąć, żaden film, gra, czat.
(Jeny.. koncentracja też mi zaczyna teraz mocno siadać więc nie wiem na ile składnie piszę, ale już od zbyt dawna odkładam opis mego samopoczucia i powiedzenia rodzinie o tym jak to się ze mną dzieje na codzień. To nie ma być żadne żalenie się, tylko.. wyjaśnienie.)
Byłam już po dwóch paracetamolach ale głowa bolała dalej. Wypiłam kawę i wzięłam trzeci. Kofeina wzmacnia działanie paracetamolu. To połączenie poprawia też humor, kiedyś na mnie tak działało ale już od przynajmniej 10 lat tak nie jest.
Dodałam jeszcze Tramal. Tramal po mamie został. Sporo się nauczyłam o lekach zajmując się mamą. "Paracetamol i Tramadol to silne połączenie przeciwbólowe" - tak mówili lekarze. Na mój ból głowy też czasem pomaga, nie zawsze. Łyknęłam jeszcze takiego 'redbulla' z Biedronki - w tabletkach musujących. Zaczęło zaczynać działać. Super. Przyniosę w końcu szałwię od Ani z ostatniego pokoju, która zaczęła kwitnąć. Myślałam o tym już od paru dni ale.. wiem że to głupio zabrzmi, ale brakowało sił.
Troche przy okazji poprzestawiałam na tym moim parapecie.. wzruszyłam ziemię w doniczkach, jak dostawiłam szałwię wpadłam w zachwyt. Jedna roślinka (bujna) i parapet zaczął wyglądać jak łąka :)
Ślicznie rośnie też mięta. Bardzo cieszę się, że mi się udało ją uratować. Kiedyś opowiadałam mamie o tym co rośnie na dworze, co kwitnie, interesowała ją tylko mięta - czy żyje. Nie wiem skąd ta mięta.. była w skrzynce zagłuszona przez jakieś kwiaty i zielsko. Dopiero zimą w piwnicy przełożyłam ją do doniczki i zaczęła się rozwijać. Bardzo smaczna jest i pewnie zdrowa - herbata zielona z listkiem takiej mięty. Sama świeżość.
Potem wzięłam się za kuchnię. Zrobiłam na błysk. Znaczy.. na błysk to przesada. Zrobiłam to, co normalnie robi się codzień lub prawie.. pozmywałam naczynia, pościerałam z półek i ze stołu, cośtam jeszcze... odkurzyłam, umyłam podłogę.. ruszyłam z mopem dalej po korytarzach ale już zaczynały mi się nogi trząść i kręcić w głowie.. i wróciła moja codzienna słabość.
Dla mnie zrobienie czegoś pożytecznego to coś wspaniałego. Więkoszść z Was prawdopodobnie widzi we mnie zwykłego lenia, bałaganiarę itp. Trochę lenia pewnie we mnie jest i raczej nigdy nie zostanę pedantką, ale wcale nie lubię żyć w brudzie.. nie podoba mi się to że rosną stosy naczyń w zlewie i naokoło i.. sami wiecie jak tu wygląda. Znaczy.. szczerze mówiąc mam gdzieś, czy w ostatnim pokoju, zupełnie nieużywanym, jest bałagan i kurz na podłodze. Ale... no i kończy mi się koncentracja.. będę miała problem z dokończeniem tego posta.
Pamiętacie scenę z "Dnia świra", kiedy główny bohater na koniec dnia mówi do siebie ze zdziwieniem, żalem.. że to już koniec tego dnia, że już nic się nie wydarzy.. udeżyła mnie ta scena bo mam to samo codziennie wieczorem. Nie dość że przez cały dzień nie zdarzyło się nic przyjemnego, to jeszcze nie zrobiłam nic pożytecznego.. takiego, po czym człowiek zadowolony z siebie kładzie się spać. Myślę że dlatego mam problem z wczesnym chodzeniem spać. Zawsze czekam że coś miłego się wydarzy.. może jakiś miły sms albo że poczuję się dobrze i zrobię coś.. cokolwiek.. którąkolwiek z rzeczy które odkładam od dni, tygodni, nawet miesięcy.. czasem... żadko, zdarza się, że późnym wieczorem zaczynam czuć się lepiej. I zrobię coś. Wystawię parę aukcji, odkurzę pokój, przerzucę tishirty i odłożę część dla biednych. Zarwę wtedy noc, ale kładę się spać z tą satysfakcją.. to jest cudowne.
Był czas, że wlewałam codziennie w siebie te 'redbulle'. Dostawałam wtedy prawie zawsze zastrzyk energii, przynajmniej na pół godziny. Potem przestały działać na parę tygodni czy miesięcy.. potem znowu zaczęły i znowu zaczęłam je w siebie wlewać, wiedziałam że to prawdopodobnie za zdrowe nie jest, ale chciałam choć trochę iść do przodu z.. tymi różnymi rzeczami do zrobienia..
Ale parę tygodni temu byłam u psycholożki.. marna z niej pomoc była ale jak powiedziałam o tych dopalaczach i ile tego pije to na mnie nakrzyczała, że osatnio odkryli jak bardzo są szkodliwe.. i że niektóre z moich problemów.. już nie pamiętam o co chodziło wtedy, chyba o ciągłą senność - że to może przez to.
Ciężko jest się leczyć u lekarza, który mieszka w odległości 2000 km.
Byłby na miejscu - miałabym u niego psychoterapię, rady, lepsze dostosowywanie leków.. Już niedługo będzie to możliwe. Coprawda przyjmuje już tylko prywatnie, ale mam nadzieję jakoś dać radę czasem do niego zajrzeć.
Piszę ten post, żeby wytłumaczyć, że nie wlewam w siebie tych świństw i nie łykam kilogramów paracetamoli dla przyjemności, ale aby dać radę.. robić cokolwiek.
Po takim redbullu czasem czuję się pewnie jak pewnie większość z Was czuje się normalnie. Dziś chyba nawet przez te dwie godzinki moje samopoczucie wzrosło chyba nawet do wysokości pracowitości Ewy L. :) Widzisz, Ewa - ja mam możliwość funkcjonowania jak Ty, dopiero po różnych dziwnych trickach, które działają na krótko.
Normalnie jest.. no proszę sobie wyobrazić, że.. umarł Wam przyjaciel, z powodu podróży na pogrzeb na drugim końcu Polski nie przespaliście dwóch nocy, na miejscu pomagaliście przy organizacji pogrzebu, nieśliście trumnę.. po powrocie pomogliście babci w przestawieniu paru mebli od czego bolą Was coponiektóre stawy. Jesteście przybici, obolali, osłabieni. Podejrzewam, że ciężko byłoby Was zmusić do zmywania naczyń czy odkurzania dywanu. No i wyobraźcie sobie, że ja mam tak cały czas. Naprawdę próbuję się zmuszać. Trudno opisać czemu jest to takie trudne, ale spróbowałam.
Napisane o dwudziestej, ale data pewnie będzie późniejsza, chcę to jeszcze przeczytać.. jak przestanę się trząść.. Heh, a wiecie jak fajnie się myje naczynia gdy ręce się trzęsą? :D
To oczywiście.. taki zarys. Każdy dzień nie jest identyczny. Nie opisałam iluśtam dodatkowych symptomów uprzykrzających mi życie. Bywają też dni generalnie lepsze, staram się je wtedy pożytecznie wykorzystać. To... tyle. Pozdrawiam wszystkich.
Zmachałam się i przestają działać moje osobiste 'dopalacze'.
Ciało osłabło, zaczęły mi się kółka przed oczami pojawiać.. takie jak kiedy wrzuci się kamyk do wody - kółka rozchodzące się promieniście..
Jakieś dwie godziny temu zaczęłam mieć kompletnie dość tego jak się czuję i że nie daję rady zrobić najprostszych rzeczy i że nawet przed w komputerze nic nie potrafiło mnie wciągnąć, żaden film, gra, czat.
(Jeny.. koncentracja też mi zaczyna teraz mocno siadać więc nie wiem na ile składnie piszę, ale już od zbyt dawna odkładam opis mego samopoczucia i powiedzenia rodzinie o tym jak to się ze mną dzieje na codzień. To nie ma być żadne żalenie się, tylko.. wyjaśnienie.)
Byłam już po dwóch paracetamolach ale głowa bolała dalej. Wypiłam kawę i wzięłam trzeci. Kofeina wzmacnia działanie paracetamolu. To połączenie poprawia też humor, kiedyś na mnie tak działało ale już od przynajmniej 10 lat tak nie jest.
Dodałam jeszcze Tramal. Tramal po mamie został. Sporo się nauczyłam o lekach zajmując się mamą. "Paracetamol i Tramadol to silne połączenie przeciwbólowe" - tak mówili lekarze. Na mój ból głowy też czasem pomaga, nie zawsze. Łyknęłam jeszcze takiego 'redbulla' z Biedronki - w tabletkach musujących. Zaczęło zaczynać działać. Super. Przyniosę w końcu szałwię od Ani z ostatniego pokoju, która zaczęła kwitnąć. Myślałam o tym już od paru dni ale.. wiem że to głupio zabrzmi, ale brakowało sił.
Troche przy okazji poprzestawiałam na tym moim parapecie.. wzruszyłam ziemię w doniczkach, jak dostawiłam szałwię wpadłam w zachwyt. Jedna roślinka (bujna) i parapet zaczął wyglądać jak łąka :)
Ślicznie rośnie też mięta. Bardzo cieszę się, że mi się udało ją uratować. Kiedyś opowiadałam mamie o tym co rośnie na dworze, co kwitnie, interesowała ją tylko mięta - czy żyje. Nie wiem skąd ta mięta.. była w skrzynce zagłuszona przez jakieś kwiaty i zielsko. Dopiero zimą w piwnicy przełożyłam ją do doniczki i zaczęła się rozwijać. Bardzo smaczna jest i pewnie zdrowa - herbata zielona z listkiem takiej mięty. Sama świeżość.
Potem wzięłam się za kuchnię. Zrobiłam na błysk. Znaczy.. na błysk to przesada. Zrobiłam to, co normalnie robi się codzień lub prawie.. pozmywałam naczynia, pościerałam z półek i ze stołu, cośtam jeszcze... odkurzyłam, umyłam podłogę.. ruszyłam z mopem dalej po korytarzach ale już zaczynały mi się nogi trząść i kręcić w głowie.. i wróciła moja codzienna słabość.
Dla mnie zrobienie czegoś pożytecznego to coś wspaniałego. Więkoszść z Was prawdopodobnie widzi we mnie zwykłego lenia, bałaganiarę itp. Trochę lenia pewnie we mnie jest i raczej nigdy nie zostanę pedantką, ale wcale nie lubię żyć w brudzie.. nie podoba mi się to że rosną stosy naczyń w zlewie i naokoło i.. sami wiecie jak tu wygląda. Znaczy.. szczerze mówiąc mam gdzieś, czy w ostatnim pokoju, zupełnie nieużywanym, jest bałagan i kurz na podłodze. Ale... no i kończy mi się koncentracja.. będę miała problem z dokończeniem tego posta.
Pamiętacie scenę z "Dnia świra", kiedy główny bohater na koniec dnia mówi do siebie ze zdziwieniem, żalem.. że to już koniec tego dnia, że już nic się nie wydarzy.. udeżyła mnie ta scena bo mam to samo codziennie wieczorem. Nie dość że przez cały dzień nie zdarzyło się nic przyjemnego, to jeszcze nie zrobiłam nic pożytecznego.. takiego, po czym człowiek zadowolony z siebie kładzie się spać. Myślę że dlatego mam problem z wczesnym chodzeniem spać. Zawsze czekam że coś miłego się wydarzy.. może jakiś miły sms albo że poczuję się dobrze i zrobię coś.. cokolwiek.. którąkolwiek z rzeczy które odkładam od dni, tygodni, nawet miesięcy.. czasem... żadko, zdarza się, że późnym wieczorem zaczynam czuć się lepiej. I zrobię coś. Wystawię parę aukcji, odkurzę pokój, przerzucę tishirty i odłożę część dla biednych. Zarwę wtedy noc, ale kładę się spać z tą satysfakcją.. to jest cudowne.
Był czas, że wlewałam codziennie w siebie te 'redbulle'. Dostawałam wtedy prawie zawsze zastrzyk energii, przynajmniej na pół godziny. Potem przestały działać na parę tygodni czy miesięcy.. potem znowu zaczęły i znowu zaczęłam je w siebie wlewać, wiedziałam że to prawdopodobnie za zdrowe nie jest, ale chciałam choć trochę iść do przodu z.. tymi różnymi rzeczami do zrobienia..
Ale parę tygodni temu byłam u psycholożki.. marna z niej pomoc była ale jak powiedziałam o tych dopalaczach i ile tego pije to na mnie nakrzyczała, że osatnio odkryli jak bardzo są szkodliwe.. i że niektóre z moich problemów.. już nie pamiętam o co chodziło wtedy, chyba o ciągłą senność - że to może przez to.
Ciężko jest się leczyć u lekarza, który mieszka w odległości 2000 km.
Byłby na miejscu - miałabym u niego psychoterapię, rady, lepsze dostosowywanie leków.. Już niedługo będzie to możliwe. Coprawda przyjmuje już tylko prywatnie, ale mam nadzieję jakoś dać radę czasem do niego zajrzeć.
Piszę ten post, żeby wytłumaczyć, że nie wlewam w siebie tych świństw i nie łykam kilogramów paracetamoli dla przyjemności, ale aby dać radę.. robić cokolwiek.
Po takim redbullu czasem czuję się pewnie jak pewnie większość z Was czuje się normalnie. Dziś chyba nawet przez te dwie godzinki moje samopoczucie wzrosło chyba nawet do wysokości pracowitości Ewy L. :) Widzisz, Ewa - ja mam możliwość funkcjonowania jak Ty, dopiero po różnych dziwnych trickach, które działają na krótko.
Normalnie jest.. no proszę sobie wyobrazić, że.. umarł Wam przyjaciel, z powodu podróży na pogrzeb na drugim końcu Polski nie przespaliście dwóch nocy, na miejscu pomagaliście przy organizacji pogrzebu, nieśliście trumnę.. po powrocie pomogliście babci w przestawieniu paru mebli od czego bolą Was coponiektóre stawy. Jesteście przybici, obolali, osłabieni. Podejrzewam, że ciężko byłoby Was zmusić do zmywania naczyń czy odkurzania dywanu. No i wyobraźcie sobie, że ja mam tak cały czas. Naprawdę próbuję się zmuszać. Trudno opisać czemu jest to takie trudne, ale spróbowałam.
Napisane o dwudziestej, ale data pewnie będzie późniejsza, chcę to jeszcze przeczytać.. jak przestanę się trząść.. Heh, a wiecie jak fajnie się myje naczynia gdy ręce się trzęsą? :D
To oczywiście.. taki zarys. Każdy dzień nie jest identyczny. Nie opisałam iluśtam dodatkowych symptomów uprzykrzających mi życie. Bywają też dni generalnie lepsze, staram się je wtedy pożytecznie wykorzystać. To... tyle. Pozdrawiam wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)